środa, 21 maja 2014

Na bieszczadzkich szlakach czyli będąc młodą turystką c.d.

Trochę mnie tu nie było, ale wracam z zapowiadanym postem turystycznym. Jeśli zerkniecie do tutaj, to zobaczycie, że mogę być dumna. Choć pakowanie się do tegorocznego wyjazdu było naznaczone jeszcze większym chaosem i nerwem niż trzy lata temu, to mimo takich przeciwności udało mi się dobrać ciuchy, w których czułam się fajnie i wygodnie. Wyzwanie nie jest łatwe, bo przemierzając górskie szlaki chcę się czuć tak samo dobrze jak wtedy kiedy przemierzam chodniki miast. Nie czuję się "swojo" w typowo turystycznych strojach, więc staram się szukać i kompletować garderobę wygodną i praktyczną, ale tylko taką, która będzie mi się podobać. Tym razem sięgnęłam po dobrze już wypróbowane spodnie ze ściągaczami w kostkach. Szara koszulka jest teoretycznie sportowa i rzeczywiście sprawdzała się lepiej niż kawowa bluzeczka z cienkiej dzianiny. Jak to często u mnie bywa przed samym wyjazdem udało mi się kupić kilka rzeczy "niezbędnych". Po pierwsze udało mi się kupić kurtkę wodo i wiatroszczelną, która nie kończy się na linii pośladów, tak jak większość tych dostępnych w turystycznych sklepach, a w czasie deszczu pozwala im pozostać w stanie suchym. Jest też jednolita kolorystycznie i nie kosztowała majątku. Miałam dużo szczęścia:) Po drugie tuż przed wyjazdem trafiłam w lumpeksie na szary szal w kratkę, który stał się elementem kluczowym i niezastąpionym;)













Fot.S. i ja


Spodnie - House
Szal - sh

Górskie obuwie - TkMaxx (Dachstein)
Turystyczna kurtka - TkMaxx (Linea Primero) - na zdjęcia w kurtce liczyłam przy ładniejszych krajobrazach, ale jak to w życiu bywa, kiedy lało i wiało kurtka leżała w walizce, bo rano pogoda zapowiadała się piękna, a i nikt nie wziął pod uwagę, że górski szlak może tajemniczo i niespodziewanie skręcić;)

poniedziałek, 12 maja 2014

Migawki z Południowego Podkarpacia

Jak już pisałam w poprzednim poście przełom kwietnia i maja spędziliśmy w Bieszczadach, a później w Beskidach. Razem z S. hołdujemy zasadzie, że nie liczy się jedynie cel wyjazdu. Już sama podróż do niego może być fajna. Zwłaszcza jeśli wybierze się drogi lokalne, obfite w dziury i w piękne widoki. Cofnęliśmy się w czasie do kwitnącej wiosny, która we Wrocławiu weszła już w fazę tej bardziej zielonej. Ciągnie mnie do prawosławnej architektury sakralnej, to wręcz fascynacja. Drewniane chatki również wzbudzają mój zachwyt. Do tej pory moje myśli wypełniają piękne zdobienia, delikatne wręcz kruche ganeczki i pełna wdzięku stara stolarka okienna, tak lekka w porównaniu do dzisiejszych, topornych plastików. Do takiego domu "tęskni serce". Tak jak do górskich przełęczy i lasów pełnych ziół. Chętnych na małą fotograficzną relację z trasy zapraszam do oglądania:)

















Oczywiście przed wyjazdem przeszukałam internet w poszukiwaniu opuszczonych cerkwi (w zasadzie bazę miałam przygotowaną już w 2011, kiedy to awaria pasata nie pozwoliła jej wykorzystać;) Jedną podupadłą świątynię udało nam się odwiedzić i obejrzeć z zewnątrz. Choć wejście i okna zostały skutecznie zabezpieczone przed zwiedzającymi, to warto było zobaczyć ślady tego co zostało po nieistniejącej już wsi Królik Wołoski.





Kiedyś wyjazd bez wejścia do ruiny byłby wycieczką nieudaną, teraz trochę się pod tym względem uspokoiłam. Wystarczą mi odludne krajobrazy i zebrane gdzieś po drodze zioła (było testowanie skrzypowej płukanki;)



Urzekła mnie prostota tej dzwonnicy...
Współczesnym kościołom zdecydowanie takiej skromności brakuje. Oceńcie sami czy budynek ze zdjęcia poniżej wtapia się w krajobraz wiejski;]
Zwłaszcza, kiedy tuż obok stoi piękna, stara świątynia. Jakie czasy taka architektura?

Takich przykładów było wiele.  Stary budynek ocieniony drzewami...
... i nowy okraszony "eleganckimi" iglakami.
Kapliczki zaczęły mnie fascynować już jakiś czas temu, ale pierwszy raz miałam okazję zobaczyć te prawosławne. Postojów na zdjęcia było wiele;)

 maryjny błękit 





Wisława Szymborska też lubiła fotografować się pod tablicami z nazwami miejscowości. Bardzo mnie to ucieszyło, bo myślałam, że jestem osamotniona w swoim hobby;)

Na trasie naszej podróży musiał też się znaleźć ryneczek w Jaśliskach, miejscowości znanej z filmu "Wino Truskawkowe", nakręconego na podstawie powieści Andrzeja Stasiuka "Opowieści galicyjskie". Tylko jak to zwykle bywa, obecności ludzi speszyła mnie przed robieniem zdjęć i zabytkowy układ urbanistyczny został uwieczniony dość wyrywkowo. Za to załapałam się na zdjęcia przy opuszczonym budynku LKS "Jasiołka";]




Pozostając w temacie książek mojego ulubionego autora, odwiedziliśmy też słynną Duklę. Lody zjedzone na opustoszałym rynku, nad którym zbierały się ciemne chmury miały fantastyczny smak.
Żeby nie było, zajrzeliśmy też do miejsc turystycznych jak Solina;) Przed długim weekendem po pustych plażach hulał tylko zimny wiatr.


Zdobywaliśmy też szczyty i wędrowaliśmy po połoninach. Ale o tym więcej w następnym poście z dawno tu
nie widzianą kolejną odsłoną "młodej turystki";)






Fot. Ja i S.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...