sobota, 25 października 2014

Zielone zbiory na zimę

Tydzień pomiędzy powrotem do kraju, a ponownym z niego wyjazdem postanowiłam jak najbardziej wykorzystać na zbiory tego co jeszcze zebrać się da, a czego może już nie być po w pierwszym tygodniu listopada. Zanim nadeszły deszcze udało mi się spakować do pojemniczków letnie smaki i zapachy: oregano, tymianku, rozmarynu, mięty, szałwii i liści nasturcji. Są już bezpieczne w zamrażarce, zima może nadchodzić:)










 niespodziewany gość:)













Fot. Udany mariaż lustrzanki ze starym obiektywem 50mm:)

piątek, 24 października 2014

Szentendre

Budapeszt jest intrygujący, klimatyczny i nieskończenie bogaty w różne atrakcje, ale to małe miasteczko Szentendre z uroczym starym centrum zachwyciło mnie tak bardzo, że wyjęłam aparat i próbowałam uchwycić ten urok. Pomimo wielkich fal turystów, które przewalają się przez brukowane uliczki, o zachodzie słońca, z rudymi liśćmi i czerwieniejącym winobluszczem na starych murach, było pięknie. Poznawanie wielkiego miasta jest ciekawe, ale dla mnie mała skala zawsze była bardziej pociągająca. Co do ubrań to jest to kombinacja poprzednich dwóch strojów. Znów ładna bluzka i luźne spodnie, czyli coś co ostatnio bardzo lubię. Ale to nie ubrania są tutaj najważniejsze, głównym bohaterem jest bransoletka złożona z małych emaliowanych tabliczek z namalowanymi kwiatami. Kupiona na targu staroci Ecseri bolhapiac i noszona z tym większą dumą, bo padł mój rekord targowania się*. Z 6tyś forintów zbiłam cenę do 1,5tyś, czyli około 20zł;)

















Przy Szentedre znajduje się jeszcze jedno wspaniałe miejsce. Skansen węgierskiej wsi czyli coś, czego nie mogłam sobie odpuścić. Dużym plusem był fakt, że miejsce to nie było zupełnie martwe jak niektóre skanseny, które miałam okazję odwiedzić. Zagonki warzyw, ziół i wplecione między zabudowę sady były naprawdę wykorzystywane. Skansenowe produkty można było degustować lub zakupić. Zwłaszcza to pierwsze było miłe, gdyż chodzenia po całym terenie było na kilka godzin!








Fot. Ja i A.


*tydzień później padł kolejny rekord. Piękna, stara rama trafiła w moje ręce również za jedyne 1,5 tyś forintów, przy czym moja kwota wywoławcza wynosiła 1tyś forintów, a sprzedających 10tyś czyli coś około 150zł;)

poniedziałek, 20 października 2014

Ładna bluzka, luźne spodnie i ulubione buty

Mam wrażenie, że już od dłuższego czasu prześladuje mnie pech zgrania czasu, ubrania, miejsca, sprzętu i fotografa. W tym zbiorze elementów od siebie zależnych rzadko zdarza się aby wszystkie były obecne lub sprzyjające w tym samym momencie. Tak było i tego dnia, a z tym strojem, jednym z ulubieńców ostatnich dwóch, trzech miesięcy, to już w ogóle sytuacji owego niezgrania nie da się nawet zliczyć. No ale koniec marudzenia i coś o ubraniach, w których podoba mi się kontrast ładnej, jedwabnej bluzki z ozdobną falbaną z luźnymi, jakby roboczymi spodniami ze sztywnej bawełny. Do tego ulubione buty, które są w tym roku w moim co drugim ubraniowym poście, a to dlatego, że można przejść w nich nawet i pół Budapesztu bez obaw o pęcherze;) Buty międzynarodowe, były we Włoszech, na Ukrainie, teraz na Węgrzech, a w najbliższym czasie zabiorę je do Barcelony i Walencji:)





Fot. A.

Bluzka- sh
Spodnie - sh
Buty - Reserved

wtorek, 14 października 2014

Niedziela dla włosów w stolicy Węgier;)

Zastanawiałam się czy dodawać tego posta, bo efekt maseczki zdecydowanie daleki był od moich nadziei związanych z tymi składnikami, a i zdjęcia mało porywające. Stwierdziłam jednak, że warto zapisać tę kombinację aby na przyszłość coś w niej zmienić, dodać, odjąć albo użyć w innej kolejności. No i tak jak myślałam, efekt miękkich włosów był ale dopiero po następnym myciu. Niedziela okazała się jedynym dniem, w którym mogłyśmy z A. skoczyć do skansenu w Szentendre. Zobaczenia tradycyjnej węgierskiej wsi nie mogłam sobie odpuścić, no a kto by chciał chodzić po skansenie z brudnymi włosami? No właśnie, gorzej, że ten stan włosów ujawnił się dopiero rano;) No więc wszystko szybko, w pośpiechu, zaraz przecież trzeba wychodzić z domu. Nie mając tu blendera, banana rozgniotłam widelcem (błąd), dodałam startego imbiru (za mało rozdrobniony, błąd nr 2), łyżkę jogurtu i miąższ z kilku węgierskich winogron (mało słodkie, stąd pomysł na inne ich spożytkowanie) i kilka kropel oliwy z oliwek. Włosy umyłam szamponem Biały Jeleń, wersją z octem jabłkowym, który miał służyć do prania, ale dałam mu ostatnią szansę. Po umyciu i osuszeniu ręcznikiem nałożyłam maseczkę. Po pół godzinie wzięłam się do zmywania i to nie okazało się łatwe. Zbyt mało rozdrobnione kawałki banana/imbiru nie chciały się wypłukać. Roztarłam kroplę szamponu w rękach i próbowałam ratować sytuację pianą. Trochę pomogło, ale później na szczotce banana i imbiru było jeszcze sporo. Zdecydowanie powinnam była nałożyć maseczkę przed myciem.






Zdjęcia same w sobie nie porywają, ale myślę, że ciekawe mogą być w kontekście otoczenia, czyli dziedzińca, na który wychodzą okna i drzwi mojego tutejszego mieszkania:) A przynajmniej dla mnie taki układ mieszkań w kamienicy to egzotyka.



Jak pisałam, nie byłam zadowolona z wizualnego efektu. Loki ładnie się pozbijały, ale otoczone były wielkim posuszem, były też sztywne i szorstkie.




Po następnym myciu włosy wyglądały o wiele lepiej. Banan i imbir zmyły się pewnie do końca, zostawiając włosy bardzo miękkimi w dotyku, choć do ideału gładkości jak np. z tego posta daleko. Nie wiem o co chodzi, bo moje włosy zupełnie w tym Budapeszcie nie chcą współpracować i szybciej się przetłuszczają. Nawet eksperyment silikonowego powrotu do przeszłości (Garnier GoodBye Damage) okazał się zupełnym niewypałem. Może to kwestia innej wody..


Fot.Ja
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...